Minty
ponownie otoczyło światło. Klacz skoczyła i poczuła przeszywający bół. Ktoś
natychmiast do niej podbiegł i położył na łóżku.
-Jest coraz
gorzej- usłyszała.
Nie mogła
dostrzec osoby. Zamrugała oczyma. Widziała tylko i wyłącznie światło.
-Czy tylko z
nią Kareo?- ten głos był znajomy
Czyżby to
naprawdę była pani Angel?
-Niestety tak
Angel. Prawdopodobnie oślepła na skutek tej trucizny. Nie wiem jak to możliwe.
Dla chanelingów wypicie czegoś innego niż esencji miłości oznacza śmierć.
-Masz rację,
to dziwne. Jak wiele jej krwi wypił?
Krwi? Minty
oprzytomniała. Przypomniała sobie, że ten chaneling, albo raczej chanterlin
który ją zaatakował miał dłuższe i ostrzejsze kły niż jego zwykła forma.
Nieznajomy mówił jej, że one żywią się krwią.
-Nie do
końca jestem pewna, ale na jej nieszczęście dużą.
-Ilu
przeżyło ten atak?
A więc to
był atak.
-Niewielu. Ledwie
dwudziestu. Jej chyba nie można liczyć.
White Angel
przeklęła pod nosem.
-Zaczynam
poważnie zastanawiać się nad odesłaniem ich do domów.
-Nie rób
tego. Dla niektórych to miejsce jest schronieniem przed kpinami i brakiem
uprzejmości.
-Masz rację.
Powinnyśmy przynajmniej spróbować utrzymać ten akademik. Najwyżej będziemy
uczyć tylko tę dwudziestkę. Tylko zastanawiam się jak powiemy pozostałym
rodzinom o śmierci ich pociech.
-To zostaw
mnie.
-Miejmy
nadzieje, że ten twój talent do przemawiania coś da.
Klacz się
rozeszły. Jedna szła w stronę Minty.
-A więc
myślą, że umrę.- pomyślała
Poczuła, że
coś jej się wbija w grzbiet.
-Spokojnie,
tylko chcę ci pomóc.- usłyszała głos Karei
Zrobiła się
senna. Zamknęła oczy i zasnęła.
***
Minty obudziła
się. Chyba. Widziała tylko światło. Zresztą... teraz nie mogła zobaczyć niczego
innego. A może obecnie była w tym miejscu, gdzie znajdują się kuce po śmierci?
Nie wiedziała. Nagle poczuła, że ktoś się do niej zbliża. Odwróciła się i
powiedziała wprost
-Daj mi
spokój.
Miała dość.
Jeśli tylu umarło i to prawdopodobnie z jej powodu to po co żyć? Będą ją
oskarżać, gardzić nią... może nawet dojdzie do tego, że zostanie wygnana.
Zresztą, sama nie wiedziała jak da radę żyć dalej z świadomością, że to właśnie
przez nią zginęło tylu uczniów. Łzy zaczęły jej płynąć po policzkach.
-Zawsze
warto spróbować odnaleźć sens życia.- usłyszała- Nawet w takich sytuacjach.
Minty od
razu domyśliła się kto to był. Nieznajomy.
-Łatwo ci mówić.-
powiedziała- To nie z twojego powodu zostały zabite setki uczniów.
-Może masz
rację, ale postaram ci się pomóc.
Spojrzała na
niego.
-Jak on może
tak myśleć- pomyślała- Niech sobie paraduje w tej białej pelerynce i zajmuje
się swoimi sprawami.
W tym
momencie zgłupiała. Pomachała sobie kopytem przed oczyma. Widziała! Naprawdę
widziała!
-Dziękuję.-
powiedziała do nieznajomego.
-Nie ma za
co. Pozwoliłem sobie zabrać twój naszyjnik. Teraz twoja misja to coś więcej.
Musisz ostrzec tych mieszkających w miejscu zaznaczonym na mapie. Powodzenia.
Minty
poczuła, że wraca do rzeczywistości.
***
Obudziła
się. Zobaczyła, że nikogo nie ma. Pobiegła do swojego pokoju. Był wprawdzie dość
zrujnowany, ale na łóżku leżała mapa, plecak i kapelusz w stylu Darning Do. Musiała
wyświadczyć mu przysługę za to co jej zrobił. Otworzyła plecak. Znalazła w nim
jedzenie, picie, łuk, krzesiwo oraz kilka innych rzeczy. Musiała uciec jak
najszybciej. Włożyła mapę do plecaka i pognała do szpitala. Przypadkiem
obudziła Grand Diamond.
-Co ty tu
wyprawiasz?!- zapytała
-Bądź trochę
ciszej. Uciekam jeśli o to chodzi. Mam coś do zrobienia.
Wyskoczyła
przez otwarte okno i użyła zaklęcia lewitacji, żeby utrzymać się w powietrzu.
Coś wypadło jej z plecaka. Cofnęła zaklęcie, żeby móc podnieść owe rzeczy.
Znalazła dziennik i długopis.
-Mogłam się
tego spodziewać- mruknęła pod nosem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz